czwartek, 13 kwietnia 2023

Noblistka

Pierwsza książka po otrzymaniu nagrody Nobla to coś, na co czekają wszyscy czytelnicy i miłośnicy literatury. Z drugiej strony na barkach noblisty spoczywa wielka odpowiedzialność i ciężar tej nagrody.

Czuły narrator to zbiór dwunastu esejów i wykładów. Znajdziemy w nim nowe teksty napisane na gorąco w nowej, pandemicznej rzeczywistości. Pierwszy raz w druku zostały tu zamieszczone również trzy wykłady, które Tokarczuk wygłosiła kilka lat temu na łódzkim uniwersytecie, jak również kilka innych przemówień czy esejów publikowanych wcześniej w różnych czasopismach i magazynach. Zbiór zamyka tekst, który zna już chyba każdy miłośnik twórczości Olgi Tokarczuk – mowa noblowska, która dała tytuł całej książce.

Nie chcę skupiać się tutaj na streszczaniu poszczególnych esejów, ponieważ moje słowa nie oddadzą nawet w małej części tego, co chciała przekazać noblistka. Każdy z dwunastu tekstów to małe arcydzieło. Definicją arcydzieła jest dla mnie fakt, że nie można usunąć z niego żadnej części, nawet pojedynczego słowa, bo sprawi to, że poczujemy brak tego elementu. Oczywiście każdy z esejów spełnia tę zasadę.

Jednym słowem, które spaja wszystkie teksty zawarte w zbiorze, jest oczywiście czułość. To słowo, którym można określić całą twórczość Olgi Tokarczuk. Choć wybrzmiało ono głośno podczas mowy noblowskiej w zeszłym roku w Sztokholmie, pojawiło się w jej twórczości już wcześniej. Nawet jeżeli nie zostało spisane na kartach książek noblistki, ono tam jest, schowane między wierszami, ukryte w treści. Nie narzuca się, daje odkryć się powoli, delikatnie szepcze do czytelnika. Czym jest owa czułość? Ciepłym spojrzeniem, miłym słowem, zrozumieniem drugiego istnienia, bo nie tyczy się to tylko ludzi. Aby świat stał się lepszym miejscem, musimy tę zasadę odnieść również do zwierząt i roślin.

Tutaj należy poruszyć jedną kwestię. Olga Tokarczuk zawsze stara się znaleźć połączenie między różnymi czynnikami funkcjonowania świata. Szuka tego w biologii i psychologii, znajduje w literaturze. Cały świat, według noblistki, jest jedną wielką maszyną, której wszystkie części składowe łączą się w nierozerwalny sposób ze sobą. Gdy jeden trybik przestaje działać, kolejne również zaczynają szwankować.

„Czułego narratora” można uznać za jedną wielką pieśń pochwalną na cześć literatury. Tokarczuk opisuje jej złożoność, a przede wszystkim moc jaką posiada. Połączona z czułością wydaje się jedynym i najskuteczniejszym lekarstwem dla ludzkości. Opowieść musi uratować świat, nie znaczy to, że będzie taki, jaki był przed pandemią. Z tak dobrym lekarstwem powinien być lepszy.

Czytajmy książki Olgi Tokarczuk, w szczególności Czułego narratora. Książka została wydana w idealnym momencie, kiedy wszyscy potrzebujemy nadziei na lepsze jutro. Wyobraźmy sobie, jak zupełnie inny byłby świat, gdybyśmy wszyscy kierowali się tokarczukowską czułością.

 

wtorek, 4 kwietnia 2023

Seria skandynawska

 

Objawienie szwedzkiej prozy. Oddziałująca na wyobraźnię, zaskakująca opowieść o powrocie i mierzeniu się z przeszłością.

Sprzątałam lęki brata tak samo jak swoje. Przypominało to grę w tetrisa. Klocki trafiały w odpowiednie miejsca odpędzając wszelkie próby myślenia o czymś innym.

Karin Smirnoff jest absolutnie wyjątkowa w tym, w jaki sposób opowiada o przemocy. Przemoc jest tu strukturalna, dosadna, istniejąca latami w obrębie rodziny – czyli w przestrzeni, w której zawsze poszukujemy poczucia bezpieczeństwa, nie frontów walki – jednak bardzo zniuansowana. Wdziera się w portretowane relacje w taki sposób, że nie jesteśmy w stanie zauważyć początku tego destrukcyjnego procesu.


Jana przyjeżdża do brata. Trochę błądzi, trochę celowo opóźnia konfrontację z nim. Bo to spotkanie będzie konfrontacją, choć oboje zdają się swoistą jednością, kiedyś złączeni wobec agresji człowieka, którego już nie ma i po którym nikt nie płakał. Kapitalna kompozycja powieści najpierw wprowadza nas w świat, w którym bohaterka powinna pozornie czuć się bezpieczna i pewna siebie, bo to przecież znane jej strony i bliski jej brat u boku, a potem stopniowo rozsadza ramy tej oczywistej przestrzeni. Jakby mimochodem otrzymujemy kolejne ciosy, dowiadując się, kim Jana była, kim się stała i kim w związku z minionymi wydarzeniami jeszcze może się stać. Nie wiem, czy bardziej przerażająca jest tu przeszłość, teraźniejszość, czy może antycypacje, bo widać wyraźnie, że Smirnoff przymierza się do kontynuacji, że nie jest to zamknięta całość, że potrafi jeszcze otworzyć kolejne furtki do piekła i następnej traumy. „Pojechałam do brata na południe” to powieść, która stopniowo odsłania mroczne rodzinne sekrety, ale jednocześnie zderza Janę samą ze sobą. W tym znaczeniu będziemy tu mieli dwie płaszczyzny odkrywania tajemnic: coś już się wydarzyło i musimy poznać te zdarzenia szczegółowo, ale jednocześnie coś dopiero będzie miało miejsce. Jana nie jest tu tylko swoją pamięcią, ewentualnie pamięcią brata. Podczas schodzenia do egzystencjalnego piekła bohaterki jesteśmy także świadkami tego, że pewne zdarzenia sprzed lat Jana zaczyna widzieć inaczej, bo niewiedzę albo jej fantazje o minionym uzupełniają relacje innych, ich perspektywy widzenia problemów.

Jana stoi w swoistym rozkroku. Z jednej strony chciałaby odważnie wyjść nowemu światu naprzeciw i stworzyć w nim jakąś nową relację, na przykład z czarnowłosym mężczyzną o „kafkowskich oczach”, do którego wyjątkowo szybko lgnie już na samym początku tej powieści. Jakby pomyliła adresy, nie dostała się do brata, którego trzeba przytulić, lecz wtuliła się w obce ramiona. W ramiona człowieka, który uniemożliwi jej złapanie oddechu po tym, co przeszła. Nie pozwoli stawać się nową Janą na własnych zasadach. Skomplikowana relacja, w jaką wejdzie bohaterka tej książki, będzie początkiem wikłania się ze sobą wielu toksycznych relacji. Jednocześnie – biorąc pod uwagę to, gdzie Jana znajduje zatrudnienie – będzie to również powieść o zgliszczach po różnych relacjach, które egzemplifikują nieporadność, samotność i ostatecznie śmierć w rozpaczy. Jeden z pragmatycznych bohaterów mówi jednak, że nie można umrzeć z rozpaczy. Nie. Nic tu nie będzie łatwe. Nawet umieranie. Rozpacz należy tu przyjąć i przeżyć. Z rozpaczy przeistoczyć się w człowieka, który musi ją oswoić, bo czeka na niego kolejny jej niebezpieczny ładunek. Siła mrocznego obrazowania tego, jakich okrucieństw mogą się na sobie dopuszczać ludzie, jest oczywiście cechą dystynktywną Smirnoff, ale mam wrażenie, że istotniejsze od portretowania wielu traum jest zaproponowanie czytelnikowi dróg radzenia sobie z tym, co potem. Czasem musi to być po prostu zapominanie. Choć bohaterowie tej książki pamiętają absolutnie wszystko. Z każdym bolesnym detalem.

 U Karin Smirnoff nie będzie żadnych pozytywnych rozwiązań problemów. Nie będzie żadnego wybaczania i pojednania, choć w gruncie rzeczy do tego dążą bohaterowie albo tego chciałby czytelnik, który naiwnie liczy na to, że złapie tu choć przez chwilę oddech. „Pojechałam do brata na południe” to książka – również z powodu zaznaczonej wyżej frazy – absolutnie pochłaniająca i wywołująca wrażenie niemocy. Nic nie jesteśmy w stanie zrobić. Prawdopodobnie nic ze sobą z lat minionych ani ze sobą obecnie nie są w stanie zrobić bohaterowie. Nie umieją rozmawiać, wyrażać swoich emocji, nie są gotowi na prawdziwe zbliżenia. Przekleństwo rodziny Kippów będzie dużo bardziej destrukcyjne i potężne, niż może się to początkowo wydawać.

Jana kompulsywnie sprząta miejsca, w których się znajduje. Chce nadać porządek temu, co wokół niej, bo nigdy nie będzie w stanie uporządkować własnego wnętrza. Coś się wydarzyło i na zawsze naznaczyło piętnem cierpienia ją i brata. Ktoś już dawno odszedł, ale nadal rani. Ktoś jeszcze żyje, lecz nie warto się do niego zbliżać. Poruszające są w retrospekcjach dziecięce fantazje Jany i Brora o tym, że mają dom wraz z kochającymi rodzicami. Tymczasem pozostaje w nich ogromne poczucie winy. Także wstyd, choć to nie oni powinni się wstydzić. Ale jest to też fascynująca opowieść o bliskości rodzeństwa, które niekoniecznie trzeba było uczynić bliźniakami, aby zaznaczyć, jak silnie i na zawsze jednoczą nas przede wszystkim wspólnie przeżyte traumy.

Ponad wszystko jednak jest to powieść o tym, jak niebywale heroiczne staje się wychodzenie naprzeciw własnej pamięci. A także temu, jak pamiętają nas inni, lub temu, w jaki sposób rozmyliśmy się w czyjejś świadomości, gdy my sami nie jesteśmy w stanie kogoś z tej świadomości usunąć. Jak w każdej nordyckiej powieści swoją rolę odgrywa tu także surowa natura. Właściwie tylko ona wydaje się wolna od trosk, bolesnych wspomnień, skrywanego żalu i uwiarygodnionej psychologicznie nieśmiałości, by wziąć odpowiedzialność za swoje istnienie. Smirnoff przenosi nas do zimnego rejonu Szwecji, ale najzimniejsze jest tam tkwiące gdzieś między bohaterami przekonanie, że z różnych powodów nie da się niczego zmienić. Będziemy świadkami wielu przemian oraz prób zapominania. Ta książka odciśnie się w pamięci czytelników bardzo boleśnie. Ale to od początku powieść o nas – niezdolnych do pożegnania smutku i rozpaczy, niezdolnych do pożegnania przemocy, niezdolnych do pokochania samych siebie

To straszna historia, ale świetna powieść. zostaje na długo. Mądrze skonstruowany, skomplikowany obraz traumy opowiedziany niepowtarzalnym językiem.


wtorek, 14 lutego 2023

Teatralnie

Książka o której jak zdawać by się mogło powiedziano już wszystko. A jeśli jeszcze nie wszystko, to bardzo dużo. Powieść okrzyknięta mianem klasyki literatury rosyjskiej, przez wielu cały czas odkrywana jest na nowo. Powieść, którą naszym zdaniem powinien przeczytać każdy. Recenzowanie ponadczasowego dzieła, jakim bez wątpienia jest „Mistrz i Małgorzata” Michaiła Bułhakowa to nie lada zadanie. 

 Opowiedziana historia zaczyna się w zwykły moskiewski dzień, kiedy dwoje literatów spotyka dziwnego nieznajomego przypominającego obcokrajowca. Rozwija się między nimi rozmowa, podczas której nieznajomy mówi, że był na balkonie prokuratora Judei Poncjusza Piłata, przepowiada śmierć jednego z pisarzy i nikt nawet nie domyśla się, że tym obcokrajowcem jest Woland, diabeł w ciele człowieka. Berlioz naprawdę umiera, a Moskwa i jej okolice stają przed szeregiem dziwnych i czasami przerażających wydarzeń zainicjowanych przez Wolanda i jego świtę.Tymczasem przyjaciel drugi z literatów, Ivan Bezdomny, trafia do szpitala psychiatrycznego, gdzie spotyka Mistrza. Ten opowiada o swojej pracy nad powieścią o Poncjuszu Piłacie i o tym, jak ostatecznie spalił manuskrypt. Jednocześnie tajemnicza Margarita chce zrobić wszystko co możliwe, aby dowiedzieć się, czy jej ukochany Mistrz żyje. Kobieta zawiera pakt z diabłem.

  Dopiero w ostatnich rozdziałach fabuła się zamyka i rozjaśnia. 

Interpretować tę powieść można na wiele sposobów, to jeden z aspektów, który czyni ją ponadczasową. . Jest w tym utworze coś, co sprawia, że roztacza on wokół siebie aurę magii, coś, co nie pozwala o nim zapomnieć. 

Bo „Mistrz i Małgorzata” to nie tylko fascynująca opowieść o mrocznym świecie Wolanda. To rzecz o fundamentalnych i ścierających się ze sobą pojęciach, jak dobro i zło, miłosierdzie i egoizm. Fantastyczna lekcja o dobrych ludziach, ich przywarach i o szatańskich sztuczkach — nie tylko w Moskwie lat 30-tych XX wieku.  

Od jutra można składać Pity  przez internet 

Kto może pisze tak 

KRS 0000186434 

437/G Katarzyna Grzęda 1,5%


 

 

 

piątek, 27 stycznia 2023

Rodzina po czesku



Uroczystości rodzinne to wyborna sceneria literackiej psychodramy, zwłaszcza wtedy, gdy skupiają ludzi w jakimś stopniu sobie bliskich, ale od lat żyjących osobno, spotykających się kilka razy w roku albo raz na kilka lat. Rzadko się zdarza, by w takim kilkunasto- czy kilkudziesięcioosobowym, wielopokoleniowym skupisku nie tliły się pod powierzchnią rodzinnych uprzejmości jakieś zadawnione urazy i antypatie, nie kryły jakieś wstydliwe sekrety bądź dramatyczne rozbieżności w zapatrywaniach na najważniejsze sprawy. A kiedy atmosferę podgrzeją niespodziewane wydarzenia czy nieopatrzne słowa, wszystko, co utajone, tylko czeka, by wypłynąć na wierzch…

Tak jak w rodzinie emerytowanego wykładowcy akademickiego, który właśnie obchodzi urodziny. Do małej wioski, leżącej jakieś 30 km od granicy z Niemcami i Polską (co można wywnioskować z podanych w tekście punktów orientacyjnych), zmierzają z Pragi trzy córki jubilata. Olga, zwana przez bliskich Oliną, lat trzydzieści cztery, prawniczka, samotnie wychowująca (no, umówmy się, że „wychowująca” to mocno naciągnięte określenie…) niespełna sześcioletniego Olivera. Blanka, lat trzydzieści trzy, matka dziewięcioletniej Fany, ośmioletniej Bětki i paromiesięcznego Filipka, żona Libora, wykonującego jakiś nieokreślony, ale bez wątpienia bardzo dobrze płatny (pozwalający na to, by Blanka nie pracowała) i bardzo absorbujący („ostatnio wraca z pracy o jedenastej, a potem jeszcze do drugiej pracuje w gabinecie”[1]) zawód. Kristýna (dla rodziny Týna), lat dwadzieścia osiem, fotografka, niezamężna i bezdzietna. Wybierają się zaraz rano, by pomóc matce w przygotowaniu przyjęcia. Jadą jednym autem: trzy kobiety, pięcioro dzieci, góra manatków i jeszcze pies Blanki; jej mąż dojedzie później, bo w weekendy oczywiście także pracuje, a poza tym nie lubi hałasu ani bałaganu „w jego nieskazitelnie czystym samochodzie, w którym nawet dzieciom nie wolno zjeść bułki, bo nakruszą. Już na etapie przygotowań do wyjazdu widać, że dla sióstr ta wyprawa będzie raczej uciążliwym obowiązkiem niż źródłem przyjemności; nie żeby były skonfliktowane z rodzicami, co to, to nie, lecz w gruncie rzeczy każda z nich wolałaby odwiedzić ich osobno, i może niekoniecznie akurat teraz, kiedy ma na głowie tyle problemów…

Olina kompletnie nie radzi sobie z Oliverem; nie starała się zatrzymać przy sobie jego ojca, bo „woli, żeby miał tylko ją, niż tatusia idiotę”[3], ale wskutek tego ona dni powszednie spędza w pracy, a syn z niańką, która mu na wszystko pozwala, zaś w dni wolne sama spełnia wszystkie jego życzenia, nie zastanawiając się nad tym, że dziecko kiedyś będzie musiało się dostosować do innych ludzi. Na przykład podczas podróży z ciotkami, kuzynkami i psem. Albo na uroczystym obiedzie u dziadków.

Blanka od dziewięciu lat nie wie, co to rozrywka i wypoczynek, takie rzeczy są zarezerwowane dla ludzi ciężko pracujących, zaś ona tylko zajmuje się domem, więc Libor, „kiedy ona robi kolację i szykuje dzieci do szkoły, chodzi sobie na squasha, a w weekendy na basen”[4]. Jeszcze zanim pojawiło się (nieproszone) trzecie dziecko, „ich związek przerodził się raczej w monotonne i smutne »jakoś razem wytrzymamy, nim dzieci dorosną«, ale każde już chodziło własnymi ścieżkami”[5], zaś po przyjściu na świat Filipka… powiedzmy, że nic się nie zmieniło, a już na pewno nie na lepsze. Te jego późne powroty, to niezwykłe przywiązanie do telefonu, z którym chodzi nawet do toalety, to zamykanie laptopa, gdy ona za bardzo się zbliży…

Kristýna uwikłała się w beznadziejny romans z żonatym Davidem. Typowa historia: „żona go nie rozumie, (…) absolutnie nic ich nie łączy, (…) ich jedynym wspólnym tematem jest dziecko”[6], niemniej nadal ma rodzinne obowiązki, więc telefony od kochanki odbiera ukradkiem i spotyka się z nią wtedy, kiedy mu wygodnie. W odwodzie jest co prawda Vojtik, który „daje jej wszystko, czego nie dostaje od Davida, poczucie, że jest najpiękniejsza i najwspanialsza na świecie”i „pewnie ma nadzieję, że ona któregoś dnia zrozumie, że jest tym jedynym, co się jednak nie stanie, bo wcale jedynym nie jest”. I raczej nie będzie, choć Týna sama nie rozumie, co ją ciągnie akurat do Davida, choć czuje się upokorzona, przyjmując od niego rzucane od niechcenia ochłapy czułości i wolnego czasu.

Jeszcze zanim wszystkie powsiadają do samochodu, upchają tam dzieci, torby, prezenty dla ojca (przy okazji wyjdzie na jaw, jak bardzo te ostatnie się różnią: od Oliny musi być coś drogiego i okazałego, od Blanki – coś praktycznego, od Týny – coś, co może nic nie jest warte, lecz takie sentymentalne…), dojdzie do paru spięć, a im dłużej są w drodze, tym atmosfera w samochodzie staje się gorętsza i bardziej napięta. Nic dziwnego: każda z nich zazdrości jednej lub obu siostrom tego, czego sama nie ma, sublimując to wstydliwe uczucie w rozmaite zastępcze manewry (bo, na przykład, tak by było miło być panią swojego losu, jak Týna! Samej decydować, co się chce zjeść i co robić w wolny weekend, nie musieć nikomu gotować, prać umazanych czekoladą bluzek, wstawać w nocy! Ale przyznać się do tego? Lepiej wytknąć najmłodszej siostrze, że nie umie gotować i pośmiać się z jej wegetarianizmu! Ona zresztą nie pozostanie dłużna, rzucając docinki na temat małżeństwa Blanki i krytykując sposób postępowania Oliny z synem…). A to jeszcze nie koniec, bo w rodzicielskim domu czeka je zaskakująca wiadomość, która z pewnością nie ostudzi wezbranych w nich emocji…

W odmalowywaniu tych emocji Soukupová osiąga poziom bliski mistrzostwa, zaś słuch językowy ma genialny (co, na szczęście, doskonale widać w polskim przekładzie); dialogi są tak naturalne, tak autentyczne, tak żywe, że mamy wrażenie, jakbyśmy odbierali przekaz z ukrytych mikrofonów. Zresztą i myśli bohaterek – nie tylko sióstr, także ich matki (jej monolog wewnętrzny, tworzący interludia między większymi partiami głównego tekstu, naświetla powoli kulisy wydarzenia, o jakim musi córki poinformować) i małej Fany, której już nieobce są kompleksy i uczucie alienacji – wplatają się w tok bieżącej narracji płynnie, bez odrobiny sztuczności. Kreacja postaci nie pozostawia absolutnie nic do życzenia, co najwyżej rodząc lekkie uczucie zazdrości: umieć stworzyć typy tak charakterystyczne, lecz zarazem tak uniwersalne, by każda czytelniczka w jednej z tych kobiet (albo i w kilku po trosze) mogła odnaleźć cząstkę siebie – to nie byle co!

Jeśli o cokolwiek można mieć do autorki pretensje, to tylko o nieco rozmyte zakończenie (choć może oczekiwanie, że coś się stanie, że któraś bolesna zadra w końcu zostanie wyrwana, czyjś problem zostanie definitywnie rozwiązany – to nasz błąd?) i o niestandardowy sposób zapisu dialogów, mogący czytelnika wychowanego na starszej literaturze przyprawić o ból głowy.

Jednak nawet z tym zastrzeżeniem „Pod śniegiem” jest świetnym utworem, który ze wszech miar przeczytać warto.

 

wtorek, 29 listopada 2022

Tropiąc Łowce

 

Na gdańskim osiedlu zostaje brutalnie zamordowana kobieta. Wydaje się, że będzie to kolejna rutynowa sprawa w karierze doświadczonego śledczego Barnaby Uszkiera. Problem w tym, że szybko okazuje się, że morderca nie pozostawia praktycznie żadnych śladów. Dobrze zna okolicę, w której grasuje i potrafi unikać ludzkiego wzroku, dzięki czemu jest w zasadzie niewidzialny. I – co gorsza – planuje kolejne zbrodnie. 

Łowca to ostatnia już część cyklu z komisarzem Barnabą Uszkierem w roli głównej, wypada więc w tym miejscu poświęcić choć odrobinę miejsca naszemu bohaterowi. A warto, bo Uszkier nie jest kolejnym alkoholikiem po rozwodzie i z licznymi problemami. Nie jest też natchnionym geniuszem, który w wyniku przebłysku błyskawicznie znajduje rozwiązanie każdej sprawy. To normalny facet, kochający swoją rodzinę, po godzinach dbający o siebie (uprawia aikido, biega), a w pracy – ogromnie sumienny. Sumienność, systematyczność, dobra organizacja – to cechy, które sprawiają, że jest tak skuteczny. Uszkier przykłada się do swojej pracy, potrafi też mądrze zarządzać pracą innych. Bo dochodzenie – inaczej niż wyobraża sobie wielu z nas – to nie gra jednego czy dwóch napastników. To sport zespołowy, w który bardzo często zaangażowanych jest kilka lub nawet kilkanaście osób. 

Pracy tych osób właśnie poświęca Agnieszka Pruska bardzo wiele miejsca w swojej powieści. Autorka szczegółowo opisuje przeglądanie setek godzin nagrań z monitoringu, żmudne przesłuchania świadków, wizje lokalne, przeszukania, sekcje, a także próby stworzenia profilu mordercy. Znowuż: inaczej niż w przypadku wielu popularnych thrillerów, dochodzenie nie trwa tu dwa-trzy dni. Bywa, że prace ciągną się niemiłosiernie, a pojedynek z mordercą przedłuża się, śledczy bowiem czekają na każdy jego, nawet najmniejszy, błąd. Jeśli interesują Was procedury śledczych, cała ta „policyjna robota", ale w wydaniu nie upudrowanym, lecz możliwie oddającym polskie realia,To bardzo inteligentny kryminał. Bez krwawych  opisów. Innym tomem serii zaczął się Moj Blog

Lowca

A Pruska


piątek, 11 listopada 2022

Listopad

 Miedzy niebem a piekłem

wsród slynnych bezdroży 

stoi karczma którą lotem 

starannie omija duch Bozy

 Pędzący ciemnym traktem powóz pośród pustkowi. A w nim młoda kobieta, która utraciła wszystko. Po śmierci rodziców Mary zmuszona jest sprzedać rodzinną farmę, sprzedać inwentarz i przenieść się do ciotki, daleko od domu. Jak się okazuje, ciotka jednak nie mieszka tam, skąd pisała przed laty. Jak się okazuje jest żoną karczmarza, właściciela podejrzanej Oberży Jamajka, do której trafia Mary. Jej właściciel, Joss Merlyn, sieje w jej czterech ścianach grozę, sieje terror, ale przede wszystkim… ukrywa sobie niecne sekrety

 Ponura lokacja,  młoda kobieta uwikłana w przestępcze układy… Klasyczna wiktoriańska powieść z dreszczykiem

„Oberżę na pustkowiu” tworzy nie pędząca na łeb na szyję akcja – ta płynie niespiesznie – ale sącząca się niczym bagienna mgła atmosfera narastającej grozy. Wiemy, że z tytułową oberżą coś jest nie tak jak powinno być. Czujemy podskórnie, że to nasza bohaterka otworzy nam drzwi do rozwiązania zagadki. Tym samym, stanie się potencjalną ofiarą dla wszystkich tych, którzy pragną zachować sekret tego dziwnego miejsca w tajemnicy. 

Wystawia swoją bohaterką na najgorsze próby. Pokazuje, jak wrogi może stać się świat, gdy młodej kobiecie przyjdzie wchodzić w dorosłość w całkowitej samotności, odizolowaną od miłości rodzicielskiej i bliskości ziemi, z której pochodzi. 

Niewybitna ale  z twistem listopadowym. Wydanie bajka

sobota, 17 września 2022

Trylogia na jesień

Kańtoch morduje ze świadomością, że kara musi być. Dlatego odpowiedzialni za zbrodnię nie unikną odpowiedzialności, choć może ona zostać wymierzona przypadkiem, niekoniecznie wedle litery prawa. I nie oczekujmy samosądu, a raczej wyrzutów sumienia.

Jako odkrywców zbrodni portretuje ludzi zwyczajnych, w tym wypadku studentkę prawa i dziennikarza lokalnej gazety, których na dodatek wplątuje w romans, małżeństwo i dzieci, co jest dopowiedziane w jej wcześniejszych powieściach, rozgrywających się dekady później. Sądząc po tytułach nawiązujących do pór roku, cykl układa się w cztery osobne, choć mocno połączone tomy. Tym razem mamy do czynienia z jesienią, a skoro były już wiosna i lato, z pewnością doczekamy się zimy.

Rzecz, jak u, dzieje się w Zagłębiu i na Śląsku. To lata 60. ubiegłego stulecia, co dla narracji ma wielkie znaczenie. Oto w regionie grasuje tak zwany wampir z Zagłębia, notabene postać absolutnie prawdziwa, seryjny morderca kobiet. Zatem na ulicach czai się strach, cień za plecami może oznaczać śmierć. Akcja dzieje się w październiku i listopadzie, zmrok zapada szybko, ciągle leje deszcz lub pada śnieg z deszczem, co dodatkowo wzmacnia poczucie grozy, a Kańtoch opisuje to tak, jakby sama zatrzymała się w jakiejś bramie, przemoczona i przerażona, gdyż zdawało jej się, że ktoś za nią idzie.

Bohaterką jest Krystyna Wojciechowska – niebawem mężatka, więc zmieni nazwisko – a w poprzednich książkach, czyli wiosną i latem, doświadczona funkcjonariuszka policji. Szlify znakomitej śledczej zdobywała w milicji obywatelskiej czasów PRL-u. A może lepiej powiedzieć, że to Krysia; ma bowiem 21 lat, mieszka z rodzicami, w gomułkowskim bloku, gdzie ciągle żywa jest pamięć starszego brata, ukochanego synka mamusi, który zaginął podczas wycieczki w Tatry. Studia Krysię nudzą, znajomi z uczelni irytują, ale rozwiązywanie zagadek kryminalnych już niekoniecznie

Nie będzie spoilerem, jeśli dowiemy się teraz, że chodzi o śmierć kilku młodych mężczyzn z niewielkiego miasteczka Szopienice, sąsiadów i kolegów z dzieciństwa. Milicja uznaje, że były to samobójstwa, choć zalkoholizowany emerytowany funkcjonariusz sądzi zupełnie inaczej, bo niby dlaczego kończą życie dokładnie w ten sam, wielce wyrafinowany sposób. Zresztą to on namówi Krysię na służbę w milicji, zdziwiony jej uporem i determinacją, by dojść do prawdy. Łatwo dziewczyna nie ma, bowiem morderca, a nawet ludzie niewinni, choć jakoś uwikłani, nie mają chęci i obowiązku, by tłumaczyć się nieopierzonej studentce. Lecz takie trudności tylko sprzyjają kryminalnej intrydze.

Osobnymi bohaterami stały się Zagłębie i Śląsk, wtedy miejsce ekologicznej katastrofy, dzięki kopalniom i hutom jakoś bogate, lecz przecież wynędzniałe, zabudowane blokami z tak zwanymi ciemnymi kuchniami, gdzie z trudem mieszczą się dwie osoby, i kruszącymi się familiokami; grzyb i wilgoć na ścianach, wspólny kibelek dla kilku rodzin, podwórka zamienione w klepiska, świniaki w przydomowych chlewikach. To świetna scenografia dla zbrodni, zabrudzona, ponura, choć pełna życia, jednak niekoniecznie spełnionego. No i ten wampir wzięty z prawdziwej historii. Aż strach się bać.