wtorek, 14 lutego 2023

Teatralnie

Książka o której jak zdawać by się mogło powiedziano już wszystko. A jeśli jeszcze nie wszystko, to bardzo dużo. Powieść okrzyknięta mianem klasyki literatury rosyjskiej, przez wielu cały czas odkrywana jest na nowo. Powieść, którą naszym zdaniem powinien przeczytać każdy. Recenzowanie ponadczasowego dzieła, jakim bez wątpienia jest „Mistrz i Małgorzata” Michaiła Bułhakowa to nie lada zadanie. 

 Opowiedziana historia zaczyna się w zwykły moskiewski dzień, kiedy dwoje literatów spotyka dziwnego nieznajomego przypominającego obcokrajowca. Rozwija się między nimi rozmowa, podczas której nieznajomy mówi, że był na balkonie prokuratora Judei Poncjusza Piłata, przepowiada śmierć jednego z pisarzy i nikt nawet nie domyśla się, że tym obcokrajowcem jest Woland, diabeł w ciele człowieka. Berlioz naprawdę umiera, a Moskwa i jej okolice stają przed szeregiem dziwnych i czasami przerażających wydarzeń zainicjowanych przez Wolanda i jego świtę.Tymczasem przyjaciel drugi z literatów, Ivan Bezdomny, trafia do szpitala psychiatrycznego, gdzie spotyka Mistrza. Ten opowiada o swojej pracy nad powieścią o Poncjuszu Piłacie i o tym, jak ostatecznie spalił manuskrypt. Jednocześnie tajemnicza Margarita chce zrobić wszystko co możliwe, aby dowiedzieć się, czy jej ukochany Mistrz żyje. Kobieta zawiera pakt z diabłem.

  Dopiero w ostatnich rozdziałach fabuła się zamyka i rozjaśnia. 

Interpretować tę powieść można na wiele sposobów, to jeden z aspektów, który czyni ją ponadczasową. . Jest w tym utworze coś, co sprawia, że roztacza on wokół siebie aurę magii, coś, co nie pozwala o nim zapomnieć. 

Bo „Mistrz i Małgorzata” to nie tylko fascynująca opowieść o mrocznym świecie Wolanda. To rzecz o fundamentalnych i ścierających się ze sobą pojęciach, jak dobro i zło, miłosierdzie i egoizm. Fantastyczna lekcja o dobrych ludziach, ich przywarach i o szatańskich sztuczkach — nie tylko w Moskwie lat 30-tych XX wieku.  

Od jutra można składać Pity  przez internet 

Kto może pisze tak 

KRS 0000186434 

437/G Katarzyna Grzęda 1,5%


 

 

 

piątek, 27 stycznia 2023

Rodzina po czesku



Uroczystości rodzinne to wyborna sceneria literackiej psychodramy, zwłaszcza wtedy, gdy skupiają ludzi w jakimś stopniu sobie bliskich, ale od lat żyjących osobno, spotykających się kilka razy w roku albo raz na kilka lat. Rzadko się zdarza, by w takim kilkunasto- czy kilkudziesięcioosobowym, wielopokoleniowym skupisku nie tliły się pod powierzchnią rodzinnych uprzejmości jakieś zadawnione urazy i antypatie, nie kryły jakieś wstydliwe sekrety bądź dramatyczne rozbieżności w zapatrywaniach na najważniejsze sprawy. A kiedy atmosferę podgrzeją niespodziewane wydarzenia czy nieopatrzne słowa, wszystko, co utajone, tylko czeka, by wypłynąć na wierzch…

Tak jak w rodzinie emerytowanego wykładowcy akademickiego, który właśnie obchodzi urodziny. Do małej wioski, leżącej jakieś 30 km od granicy z Niemcami i Polską (co można wywnioskować z podanych w tekście punktów orientacyjnych), zmierzają z Pragi trzy córki jubilata. Olga, zwana przez bliskich Oliną, lat trzydzieści cztery, prawniczka, samotnie wychowująca (no, umówmy się, że „wychowująca” to mocno naciągnięte określenie…) niespełna sześcioletniego Olivera. Blanka, lat trzydzieści trzy, matka dziewięcioletniej Fany, ośmioletniej Bětki i paromiesięcznego Filipka, żona Libora, wykonującego jakiś nieokreślony, ale bez wątpienia bardzo dobrze płatny (pozwalający na to, by Blanka nie pracowała) i bardzo absorbujący („ostatnio wraca z pracy o jedenastej, a potem jeszcze do drugiej pracuje w gabinecie”[1]) zawód. Kristýna (dla rodziny Týna), lat dwadzieścia osiem, fotografka, niezamężna i bezdzietna. Wybierają się zaraz rano, by pomóc matce w przygotowaniu przyjęcia. Jadą jednym autem: trzy kobiety, pięcioro dzieci, góra manatków i jeszcze pies Blanki; jej mąż dojedzie później, bo w weekendy oczywiście także pracuje, a poza tym nie lubi hałasu ani bałaganu „w jego nieskazitelnie czystym samochodzie, w którym nawet dzieciom nie wolno zjeść bułki, bo nakruszą. Już na etapie przygotowań do wyjazdu widać, że dla sióstr ta wyprawa będzie raczej uciążliwym obowiązkiem niż źródłem przyjemności; nie żeby były skonfliktowane z rodzicami, co to, to nie, lecz w gruncie rzeczy każda z nich wolałaby odwiedzić ich osobno, i może niekoniecznie akurat teraz, kiedy ma na głowie tyle problemów…

Olina kompletnie nie radzi sobie z Oliverem; nie starała się zatrzymać przy sobie jego ojca, bo „woli, żeby miał tylko ją, niż tatusia idiotę”[3], ale wskutek tego ona dni powszednie spędza w pracy, a syn z niańką, która mu na wszystko pozwala, zaś w dni wolne sama spełnia wszystkie jego życzenia, nie zastanawiając się nad tym, że dziecko kiedyś będzie musiało się dostosować do innych ludzi. Na przykład podczas podróży z ciotkami, kuzynkami i psem. Albo na uroczystym obiedzie u dziadków.

Blanka od dziewięciu lat nie wie, co to rozrywka i wypoczynek, takie rzeczy są zarezerwowane dla ludzi ciężko pracujących, zaś ona tylko zajmuje się domem, więc Libor, „kiedy ona robi kolację i szykuje dzieci do szkoły, chodzi sobie na squasha, a w weekendy na basen”[4]. Jeszcze zanim pojawiło się (nieproszone) trzecie dziecko, „ich związek przerodził się raczej w monotonne i smutne »jakoś razem wytrzymamy, nim dzieci dorosną«, ale każde już chodziło własnymi ścieżkami”[5], zaś po przyjściu na świat Filipka… powiedzmy, że nic się nie zmieniło, a już na pewno nie na lepsze. Te jego późne powroty, to niezwykłe przywiązanie do telefonu, z którym chodzi nawet do toalety, to zamykanie laptopa, gdy ona za bardzo się zbliży…

Kristýna uwikłała się w beznadziejny romans z żonatym Davidem. Typowa historia: „żona go nie rozumie, (…) absolutnie nic ich nie łączy, (…) ich jedynym wspólnym tematem jest dziecko”[6], niemniej nadal ma rodzinne obowiązki, więc telefony od kochanki odbiera ukradkiem i spotyka się z nią wtedy, kiedy mu wygodnie. W odwodzie jest co prawda Vojtik, który „daje jej wszystko, czego nie dostaje od Davida, poczucie, że jest najpiękniejsza i najwspanialsza na świecie”i „pewnie ma nadzieję, że ona któregoś dnia zrozumie, że jest tym jedynym, co się jednak nie stanie, bo wcale jedynym nie jest”. I raczej nie będzie, choć Týna sama nie rozumie, co ją ciągnie akurat do Davida, choć czuje się upokorzona, przyjmując od niego rzucane od niechcenia ochłapy czułości i wolnego czasu.

Jeszcze zanim wszystkie powsiadają do samochodu, upchają tam dzieci, torby, prezenty dla ojca (przy okazji wyjdzie na jaw, jak bardzo te ostatnie się różnią: od Oliny musi być coś drogiego i okazałego, od Blanki – coś praktycznego, od Týny – coś, co może nic nie jest warte, lecz takie sentymentalne…), dojdzie do paru spięć, a im dłużej są w drodze, tym atmosfera w samochodzie staje się gorętsza i bardziej napięta. Nic dziwnego: każda z nich zazdrości jednej lub obu siostrom tego, czego sama nie ma, sublimując to wstydliwe uczucie w rozmaite zastępcze manewry (bo, na przykład, tak by było miło być panią swojego losu, jak Týna! Samej decydować, co się chce zjeść i co robić w wolny weekend, nie musieć nikomu gotować, prać umazanych czekoladą bluzek, wstawać w nocy! Ale przyznać się do tego? Lepiej wytknąć najmłodszej siostrze, że nie umie gotować i pośmiać się z jej wegetarianizmu! Ona zresztą nie pozostanie dłużna, rzucając docinki na temat małżeństwa Blanki i krytykując sposób postępowania Oliny z synem…). A to jeszcze nie koniec, bo w rodzicielskim domu czeka je zaskakująca wiadomość, która z pewnością nie ostudzi wezbranych w nich emocji…

W odmalowywaniu tych emocji Soukupová osiąga poziom bliski mistrzostwa, zaś słuch językowy ma genialny (co, na szczęście, doskonale widać w polskim przekładzie); dialogi są tak naturalne, tak autentyczne, tak żywe, że mamy wrażenie, jakbyśmy odbierali przekaz z ukrytych mikrofonów. Zresztą i myśli bohaterek – nie tylko sióstr, także ich matki (jej monolog wewnętrzny, tworzący interludia między większymi partiami głównego tekstu, naświetla powoli kulisy wydarzenia, o jakim musi córki poinformować) i małej Fany, której już nieobce są kompleksy i uczucie alienacji – wplatają się w tok bieżącej narracji płynnie, bez odrobiny sztuczności. Kreacja postaci nie pozostawia absolutnie nic do życzenia, co najwyżej rodząc lekkie uczucie zazdrości: umieć stworzyć typy tak charakterystyczne, lecz zarazem tak uniwersalne, by każda czytelniczka w jednej z tych kobiet (albo i w kilku po trosze) mogła odnaleźć cząstkę siebie – to nie byle co!

Jeśli o cokolwiek można mieć do autorki pretensje, to tylko o nieco rozmyte zakończenie (choć może oczekiwanie, że coś się stanie, że któraś bolesna zadra w końcu zostanie wyrwana, czyjś problem zostanie definitywnie rozwiązany – to nasz błąd?) i o niestandardowy sposób zapisu dialogów, mogący czytelnika wychowanego na starszej literaturze przyprawić o ból głowy.

Jednak nawet z tym zastrzeżeniem „Pod śniegiem” jest świetnym utworem, który ze wszech miar przeczytać warto.

 

wtorek, 29 listopada 2022

Tropiąc Łowce

 

Na gdańskim osiedlu zostaje brutalnie zamordowana kobieta. Wydaje się, że będzie to kolejna rutynowa sprawa w karierze doświadczonego śledczego Barnaby Uszkiera. Problem w tym, że szybko okazuje się, że morderca nie pozostawia praktycznie żadnych śladów. Dobrze zna okolicę, w której grasuje i potrafi unikać ludzkiego wzroku, dzięki czemu jest w zasadzie niewidzialny. I – co gorsza – planuje kolejne zbrodnie. 

Łowca to ostatnia już część cyklu z komisarzem Barnabą Uszkierem w roli głównej, wypada więc w tym miejscu poświęcić choć odrobinę miejsca naszemu bohaterowi. A warto, bo Uszkier nie jest kolejnym alkoholikiem po rozwodzie i z licznymi problemami. Nie jest też natchnionym geniuszem, który w wyniku przebłysku błyskawicznie znajduje rozwiązanie każdej sprawy. To normalny facet, kochający swoją rodzinę, po godzinach dbający o siebie (uprawia aikido, biega), a w pracy – ogromnie sumienny. Sumienność, systematyczność, dobra organizacja – to cechy, które sprawiają, że jest tak skuteczny. Uszkier przykłada się do swojej pracy, potrafi też mądrze zarządzać pracą innych. Bo dochodzenie – inaczej niż wyobraża sobie wielu z nas – to nie gra jednego czy dwóch napastników. To sport zespołowy, w który bardzo często zaangażowanych jest kilka lub nawet kilkanaście osób. 

Pracy tych osób właśnie poświęca Agnieszka Pruska bardzo wiele miejsca w swojej powieści. Autorka szczegółowo opisuje przeglądanie setek godzin nagrań z monitoringu, żmudne przesłuchania świadków, wizje lokalne, przeszukania, sekcje, a także próby stworzenia profilu mordercy. Znowuż: inaczej niż w przypadku wielu popularnych thrillerów, dochodzenie nie trwa tu dwa-trzy dni. Bywa, że prace ciągną się niemiłosiernie, a pojedynek z mordercą przedłuża się, śledczy bowiem czekają na każdy jego, nawet najmniejszy, błąd. Jeśli interesują Was procedury śledczych, cała ta „policyjna robota", ale w wydaniu nie upudrowanym, lecz możliwie oddającym polskie realia,To bardzo inteligentny kryminał. Bez krwawych  opisów. Innym tomem serii zaczął się Moj Blog

Lowca

A Pruska


piątek, 11 listopada 2022

Listopad

 Miedzy niebem a piekłem

wsród slynnych bezdroży 

stoi karczma którą lotem 

starannie omija duch Bozy

 Pędzący ciemnym traktem powóz pośród pustkowi. A w nim młoda kobieta, która utraciła wszystko. Po śmierci rodziców Mary zmuszona jest sprzedać rodzinną farmę, sprzedać inwentarz i przenieść się do ciotki, daleko od domu. Jak się okazuje, ciotka jednak nie mieszka tam, skąd pisała przed laty. Jak się okazuje jest żoną karczmarza, właściciela podejrzanej Oberży Jamajka, do której trafia Mary. Jej właściciel, Joss Merlyn, sieje w jej czterech ścianach grozę, sieje terror, ale przede wszystkim… ukrywa sobie niecne sekrety

 Ponura lokacja,  młoda kobieta uwikłana w przestępcze układy… Klasyczna wiktoriańska powieść z dreszczykiem

„Oberżę na pustkowiu” tworzy nie pędząca na łeb na szyję akcja – ta płynie niespiesznie – ale sącząca się niczym bagienna mgła atmosfera narastającej grozy. Wiemy, że z tytułową oberżą coś jest nie tak jak powinno być. Czujemy podskórnie, że to nasza bohaterka otworzy nam drzwi do rozwiązania zagadki. Tym samym, stanie się potencjalną ofiarą dla wszystkich tych, którzy pragną zachować sekret tego dziwnego miejsca w tajemnicy. 

Wystawia swoją bohaterką na najgorsze próby. Pokazuje, jak wrogi może stać się świat, gdy młodej kobiecie przyjdzie wchodzić w dorosłość w całkowitej samotności, odizolowaną od miłości rodzicielskiej i bliskości ziemi, z której pochodzi. 

Niewybitna ale  z twistem listopadowym. Wydanie bajka

sobota, 17 września 2022

Trylogia na jesień

Kańtoch morduje ze świadomością, że kara musi być. Dlatego odpowiedzialni za zbrodnię nie unikną odpowiedzialności, choć może ona zostać wymierzona przypadkiem, niekoniecznie wedle litery prawa. I nie oczekujmy samosądu, a raczej wyrzutów sumienia.

Jako odkrywców zbrodni portretuje ludzi zwyczajnych, w tym wypadku studentkę prawa i dziennikarza lokalnej gazety, których na dodatek wplątuje w romans, małżeństwo i dzieci, co jest dopowiedziane w jej wcześniejszych powieściach, rozgrywających się dekady później. Sądząc po tytułach nawiązujących do pór roku, cykl układa się w cztery osobne, choć mocno połączone tomy. Tym razem mamy do czynienia z jesienią, a skoro były już wiosna i lato, z pewnością doczekamy się zimy.

Rzecz, jak u, dzieje się w Zagłębiu i na Śląsku. To lata 60. ubiegłego stulecia, co dla narracji ma wielkie znaczenie. Oto w regionie grasuje tak zwany wampir z Zagłębia, notabene postać absolutnie prawdziwa, seryjny morderca kobiet. Zatem na ulicach czai się strach, cień za plecami może oznaczać śmierć. Akcja dzieje się w październiku i listopadzie, zmrok zapada szybko, ciągle leje deszcz lub pada śnieg z deszczem, co dodatkowo wzmacnia poczucie grozy, a Kańtoch opisuje to tak, jakby sama zatrzymała się w jakiejś bramie, przemoczona i przerażona, gdyż zdawało jej się, że ktoś za nią idzie.

Bohaterką jest Krystyna Wojciechowska – niebawem mężatka, więc zmieni nazwisko – a w poprzednich książkach, czyli wiosną i latem, doświadczona funkcjonariuszka policji. Szlify znakomitej śledczej zdobywała w milicji obywatelskiej czasów PRL-u. A może lepiej powiedzieć, że to Krysia; ma bowiem 21 lat, mieszka z rodzicami, w gomułkowskim bloku, gdzie ciągle żywa jest pamięć starszego brata, ukochanego synka mamusi, który zaginął podczas wycieczki w Tatry. Studia Krysię nudzą, znajomi z uczelni irytują, ale rozwiązywanie zagadek kryminalnych już niekoniecznie

Nie będzie spoilerem, jeśli dowiemy się teraz, że chodzi o śmierć kilku młodych mężczyzn z niewielkiego miasteczka Szopienice, sąsiadów i kolegów z dzieciństwa. Milicja uznaje, że były to samobójstwa, choć zalkoholizowany emerytowany funkcjonariusz sądzi zupełnie inaczej, bo niby dlaczego kończą życie dokładnie w ten sam, wielce wyrafinowany sposób. Zresztą to on namówi Krysię na służbę w milicji, zdziwiony jej uporem i determinacją, by dojść do prawdy. Łatwo dziewczyna nie ma, bowiem morderca, a nawet ludzie niewinni, choć jakoś uwikłani, nie mają chęci i obowiązku, by tłumaczyć się nieopierzonej studentce. Lecz takie trudności tylko sprzyjają kryminalnej intrydze.

Osobnymi bohaterami stały się Zagłębie i Śląsk, wtedy miejsce ekologicznej katastrofy, dzięki kopalniom i hutom jakoś bogate, lecz przecież wynędzniałe, zabudowane blokami z tak zwanymi ciemnymi kuchniami, gdzie z trudem mieszczą się dwie osoby, i kruszącymi się familiokami; grzyb i wilgoć na ścianach, wspólny kibelek dla kilku rodzin, podwórka zamienione w klepiska, świniaki w przydomowych chlewikach. To świetna scenografia dla zbrodni, zabrudzona, ponura, choć pełna życia, jednak niekoniecznie spełnionego. No i ten wampir wzięty z prawdziwej historii. Aż strach się bać.

 

poniedziałek, 5 września 2022

Wizja

Ken Follett nitka po nitce, krok po kroku buduje pieczołowicie skonstruowany scenariusz, który może prowadzić tylko w jednym kierunku – tej ostatecznej, najokrutniejszej konfrontacji. Ukazuje cały ciąg pozornie niepowiązanych, niewielkich zdarzeń, splotów okoliczności, które działają jak efekt motyla. Jedno uderzenie skrzydeł w Afryce potrafi wzburzyć całym Dalekim Wschodem. Jedna kontrowersyjna decyzja, jedno nieprzemyślane słowo, jedna wywiadowcza pomyłka i wszystko runie w gruzy. 

Nie ma co ukrywać – „Nigdy” ma wydźwięk skrajnie pesymistyczny, ukazuje bowiem przyszłość w barwach najmroczniejszych, najciemniejszych. Follett budzi na nowo strach uśpiony po Zimnej Wojnie, strach przed potyczkami nuklearnymi, przed zagładą, która pochłonie wszystko i wszystkich. Pokazuje, że nad charakterystycznymi czerwonymi guzikami pieczę pełnią nie nieosiągalni giganci, ale zwyczajni ludzie. Ludzie, którymi kierują zwykłe słabości, zwykłe bolączki, zwykłe, ludzkie, niedoskonałe emocje. Miłość i nienawiść. Poświęcenie i żądza zemsty. Ta emocjonalność jest konieczna przy gatunku tak barwnym i fabularnie fantazyjnym jak thriller polityczny – pozwala kierować akcję na te najbardziej niekontrolowane tory, pozwala też podbijać stawki aż do nieskończoności. To Kenowi Follettowi udało się bez dwóch zdań.

Książka może przerażać swoimi gabarytami i niemożliwe jest pochłonięcie jej "na jednym posiedzeniu". Były momenty, zwłaszcza te stricte polityczne, które najzwyczajniej mnie nudziły,
Nie sposób przypisać tej powieści do jednego gatunku, dlatego też każdy znajdzie tu coś dla siebie. Połączenie thrillera, sensacji i wizji końca świata robi niesamowite wrażenie. Dowiedziałam się, jak wiele dyplomacji potrzeba, by powstrzymać ignorancję i chorą ambicję atomowych mocarstw; jak ciekawa i niebezpieczna bywa działalność tajnych służb wywiadowczych. Autor porusza ważne, jeśli nie najważniejsze bolączki współczesnego świata tj. bieda, walka z terroryzmem, rozgrywki polityczne na najwyższych szczeblach władzy, i roztacza przed nami katastroficzną wizję jego końca. Mnogość postaci, wątków i powiązań, sprawiła, że lektura wymagała sporego skupienia uwagi,

środa, 27 lipca 2022

Norwegia

„Dzieci Norwegii” to przejmujący i uczciwy wobec czytelnika reportaż o Barnevernet – norweskiej instytucji zajmującej się ochroną najmłodszych mieszkańców tego pięciomilionowego kraju. To opowieść o tym, jak cienka jest granica między szczęściem a rodzinnym dramatem. Autor Maciej Czarnecki podjął się trudnego zadania – odczarowania mitów o tym urzędzie, pokazania jego wad i zalet. Podobnie obiektywnie pokazał nas, Polaków, ze wszystkimi dobrymi i słabszymi stronami. To dzieło, które czyta się z niepokojem, czasami złością, ale od którego trudno się oderwać. Coś, czego nie radzę czytać przed snem.
Zawsze, gdy siadam do kolejnego reportażu, na ocenie zaważa jedno pytanie: „Czy dzięki tej książce stałem się mądrzejszy?”. Z reguły odpowiedź twierdząca daje podstawę do wystawienia wysokich not i poczucia, że dobrze spożytkowałem swój czas. Tym razem jest inaczej. Wydaje mi się, że wiem jeszcze mniej niż przedtem. Chciałoby się powtórzyć sokratesowe „wiem, że nic nie wiem”. Pewność została zastąpiona zwątpieniem, a historie bohaterów wciąż kołaczą mi się po głowie w poszukiwaniu szablonów, tendencji, wzorów. A tych, jak na złość, w „Dzieciach Norwegii” nie uświadczymy. I właśnie to jest największą wartością tej pozycji.

Autor tego poruszającego dzieła, Maciej Czarnecki, dziennikarz, reportażysta, podszedł do swej pracy z należytą ostrożnością i aptekarską niemal dokładnością. Próżno tu szukać wartościujących opinii, zarówno o owianym niesławą Barnevernet, jak i rodzicach, których bagaż doświadczeń i traumatycznych przejść przygniótłby zapewne niejednego z nas. To, z czym się zderzamy, to fakty. Niewygodne dla wszystkich stron.
Książka składa się z ponad dwudziestu rozdziałów, a każdy z nich przedstawia nowy wątek, osobistą historię (nie zawsze, na szczęście, tragiczną) czy też perspektywę eksperta, prawnika albo pracownika Barnevernet. Autor zresztą bardzo zgrabnie przeplata te opowieści – po zagłębieniu się w przeżycia prawdziwej, istniejącej rodziny, a więc w to, co dla Polaków uchodzi za świętość, reportażysta daje nam nieco odetchnąć, ochłonąć. Pozwala nam zapoznać się z mniej emocjonalną perspektywą tych, dla których Barnevernet to przede wszystkim chłodne spojrzenie rutyniarza i codzienne obowiązki. Bardzo ciekawym zabiegiem jest wplatanie na początku rozdziałów krótkich wątków z literatury i sztuki Norwegii. Za to chyba mogę być autorowi wdzięczny, bowiem bez tych spokojniejszych przerywników książka stałaby się trudna do przebrnięcia. Ładunek emocjonalny, jaki niesie za sobą fakt, że mówimy tu o rzeczywistych postaciach, zostaje nieco zniwelowany.

Takiej struktury nie zapowiadała jednak pierwsza opowieść w „Dzieciach Norwegii”. Poznajemy doświadczenia pary niesłusznie oskarżonej o bicie swoich dzieci. W trakcie czytania tej historii zderzamy się z takim poziomem abstrakcji, że nietrudno o porównanie do „Procesu” Kafki. Rodzice muszą udowodnić, że nie są wielbłądami, choć urzędnicy przy pomocy subiektywnych raportów tak jakby starali się pokazać, że jednak Kasia i Sebastian nieco te wielbłądy przypominają. Ostatecznie prawda wychodzi na jaw i dzieci wracają do domu. Wkrótce po tych zdarzeniach rodzina przenosi się do Polski.
Szybko przechodzimy do następnych bohaterów. Spodziewałem się, że każda kolejna historia okaże się jeszcze bardziej szokująca, jednoznacznie wskazująca – Barnevernet poluje na dzieci, to zło wcielone. Po cichu nawet tego pragnąłem – nie musiałbym zastanawiać się nad oceną ich działań, miałbym wszystko podane na tacy. Błąd. W ciągu następnych kilkunastu rozdziałów docierało do mnie coraz wyraźniej – dominują odcienie szarości, nic nie jest oczywiste, nie ma ludzi bez skazy.

W książce nie brakuje dowodów na trudności, które spotykają Polaków w Norwegii. Szukają nowego życia, czasami uciekają przed przemocą, używkami, przede wszystkim jednak – przed biedą. Nikt nie czeka na nich z otwartymi ramionami. Zaczynają od drobnych fuch, często na czarno, z mozołem wspinają się po kolejnych szczeblach społecznej drabiny, a tych, jak na rzekomo egalitarne społeczeństwo, jest wyjątkowo dużo. Stres, nerwy, kłopoty z nieznajomością języka – pierwsze kroki w nowym kraju to stąpanie po polu minowym. O fatalny w skutkach błąd nie jest trudno, szczególnie, gdy bacznie obserwują cię sąsiedzi, nauczyciele, współpracownicy.
 
Brakowało mi także rozmów z dziećmi, szczególnie tymi, które dziś już są dorosłymi osobami. Trudno jednak z tego czynić prawdziwy zarzut. Zdaję sobie sprawę, jak delikatnych spraw dotknięto. To oczywiste, że rodzice z troski o dzieci nie pozwoliliby na zadawanie pytań, a te większe, jak sądzę, same raczej niechętnie spojrzałyby na propozycję rozdrapywania ran.
Tworząc książkę z klamrą czarno-białych historii i środkiem wypełnionym odcieniami szarości, autor zostawił mnie z poczuciem zagubienia i dezorientacji. To, co przeczytałem na początku i końcu w sposób zamierzony kłóci się z całą resztą. W głowie powstaje konflikt emocji i racjonalnego rozumowania. Choć teraz, na krótko po przeczytaniu tej książki, czuję się nieco „podtruty”, wiem, że to spór potrzebny. W końcu tu chodzi o przyszłość tysięcy dzieci.

Myślę, że mimo drobnych niedociągnięć, mamy do czynienia z bardzo wartościową książką. Wysłuchano obydwu stron sporu, przedstawiono kilka ważnych statystyk, obalono wyolbrzymione mity, lecz także potwierdzono niektóre zarzuty stawiane Barnevernetowi. „Dzieci Norwegii” to pozycja, która zmusza do samodzielnej oceny faktów i choćby z tego tylko powodu warto po nią sięgnąć.