sobota, 4 września 2021

SEKRET LISTU

Zaczynając czytać " nie wiedziałam czego mogę się spodziewać, ponieważ nie miałam wcześniej styczności z twórczością Lucindy Riley. " znalazłam nie tylko mnóstwo intryg, tajemnic i zagadek. Ta powieść to również zetknięcie się z pięknym stylem autorki i doświadczenie ogromnej ciekawość tego, co przyniosą kolejne strony.

Joanna Haslam jest dziennikarką biorącą udział w pogrzebie wybitnego brytyjskiego aktora Jamesa Harrisona. W uroczystości bierze udział wiele znanych osobistości i kobieta liczy na to, że uda jej się napisać ciekawy artykuł, co poprawi jej pozycję w redakcji. Ceremonia przybiera jednak dla Joanny niespodziewany oraz niepożądany obrót. Pewna staruszka zwraca się do niej z prośbą o pomoc i w efekcie obydwie kobiety opuszczają nabożeństwo przed jego zakończeniem. Joanna traci szansę na zgromadzenie informacji niezbędnych do napisania artykułu, co jest powodem jej niezadowolenia. Kobieta jednak nie zdaje sobie sprawy, że przypadkowo nawiązana znajomość pozwoli jej odkryć skrywany przez lata sekret. Po kilku dniach Joanna otrzymuje list będący pierwszym puzzlem w skomplikowanej układance tajemnic pilnie strzeżonych przez brytyjską monarchię...
Powyższy opis jest tak naprawdę kroplą w morzu wydarzeń, które miały miejsce w tej książce. Chyba nigdy wcześniej nie miałam okazji przeczytać powieści skrywającej w sobie tak wiele ujawnianych stopniowo tajemnic i intryg. Dodatkowo niemal każdy rozdział kończył się w sposób wywierający jeszcze większą ciekawość i chęć natychmiastowego zapoznania się z dalszymi losami bohaterów. Starałam się wraz z główną bohaterką rozwiązać zagadkę tajemniczego listu. Nie zabrakło przy tym elementów zaskoczenia i niepodziewanych zwrotów akcji. "Sekret Listu" jest skomplikowaną i jednocześnie subtelną opowieścią o miłości, przyjaźni i poszukiwaniu siebie. Jeśli lubicie książki, w których akcja rozwija się stopniowo, a kolejne elementy układanki są przez autora dawkowane, to " na pewno się Wam spodoba.

 

sobota, 14 sierpnia 2021

Islandia

 

Jest rok 1686. Rosa mieszka w niewielkiej osadzie, a po śmierci ojca ona i matka popadają w kłopoty. Głodują, nie stać ich na zakup żywności, a bez pomocy mężczyzny nie są w stanie jej zdobyć. Kiedy więc w wiosce zjawia się zamożny mężczyzna, przywódca grupy zamieszkującej oddaloną o cztery dni drogi nadmorską wieś, i znienacka oświadcza się Rosie, dziewczyna go przyjmuje – wbrew obawom matki i podszeptom własnego serca. Musi pożegnać się z chłopcem, z którym łączy ją przyjaźń, a może nawet miłość, i poślubić niepokojąco pobożnego i chłodnego mężczyznę, ale dzięki temu jej matka będzie miała zapewniony byt. Jon, mąż Rosy, jest małomówny i skryty. Po dotarciu do nowego domu Rosa dowiaduje się, że nie wolno jej spotykać się z innymi mieszkańcami osady. Mimo to docierają do niej plotki o poprzedniej żonie Jona, która postradała zmysły i umarła z tajemniczych okolicznościach. Rosa doskonale radzi sobie z prowadzeniem gospodarstwa, ale samotność, burkliwość męża i nocne hałasy, o które nie może nikogo zapytać, sprawiają, że czuje się coraz bardziej osaczona i niespokojna.


Caroline Lea doskonale buduje atmosferę niepewności i zagrożenia. Bardzo, bardzo powoli odkrywa kolejne karty, tak niechętnie, jakby chciała nas otumanić tak samo, jak swoją bohaterkę. Gdzieś poza zasięgiem wzroku czekają mieszkańcy osady, zawieszeni między strachem a chęcią pomocy, między zawłaszczającym ich sumienia chrześcijaństwem, a wciąż żywymi przesądami i wierzeniami. Nie wiadomo, komu można zaufać, nie wiedzą tego zresztą nawet oni sami.


„Kobieta ze szkła” to doskonale napisana powieść historyczna, która nie tylko portretuje XVII-wieczną Islandię, ale też wprowadza nas w świat rządzony przez mężczyzn, w którym kobiety nie miały zbyt wiele siły sprawczej. Rosa, choć pozornie posłuszna i pogodzona z losem, okazuje się jednak równie silna jak mężczyźni, wśród których żyje. Jej relacja z mężem, który potrafi okazać jej przelotną czułość, ale jednak cały czas pozostaje zamkniętym w sobie nieznajomym, zmienia się i stopniowo rozwija. Są sobie obcy, ale nie do końca. Kiedy prawda o losie pierwszej żony Jona wyjdzie wreszcie na jaw, Rosa zostanie poddana ostatecznej próbie.


Świetna, mroczna i niepokojąca lektura, którą postawiłabym na półce obok „Skazanej” Hanny Kent, gdybym nie zdecydowała się na oszczędzanie miejsca na regałach i kupno ebooka.


Carolina Lea "Kobieta ze szkła"

Tłum. Łukasz Małecki

Wydawnictwo Literackie 2020



sobota, 31 lipca 2021

WIOSNA ZAGINIONYCH

 

Moje pierwsze spotkanie z Anna. Zdobywczynią Nagrody Wielkiego Kalibru.

Emerytowana policjantka Krystyna za nic nie pozwoli By ktoś mówił o niej starsza pani.

Mimo swoich 70 lat jest bystra. Samowystarczalna. Żywi się śmieciowo. Korzysta z internetu.

... Na życiu Krystyny cieniem położyło się zaginięcie jej brata przed przeszło pięćdziesięciu laty. 

W 1963 roku Roman i czwórka innych studentów wyruszyli na wyprawę w góry. Wróciło tylko jedno: Jacek. Krystyna nigdy się z tym do końca nie pogodziła, ale żyła normalnie – była zaangażowaną policjantką, założyła rodzinę

Po wielu  latach  spotyka Jacka w jednym z marketów. Najgorsze uczucia jakie do niego przez całe swoje życie żywiła powróciły. Zaczęła śledzić swojego dawnego kolegę, wobec którego miała złe zamiary. Obserwowała jego willę przez dłuższy czas, poznawała jego cykl dnia, aż w końcu uznała, że jest gotowa wyciągnąć z niego co się da i zabić. Zabić za wszystkie krzywdy jakie spotkały przez niego jej rodzinę. Jednak, gdy weszła do jego willi, okazało się, że ktoś ją ubiegł i wykonał za nią brudną robotę. Miejscowa policja będzie sprawować dochodzenie, Krystyna chcąc nie chcąc będzie im pomagać. Mimo, że jest główną podejrzaną, chce dowieść kto stoi za morderstwem jej dawnego przyjaciela. Krystyna stale myśli, że podejrzanym może być ten, który od 50 lat jest uznany za zaginionego

 Nie ma nigdzie brutalności zbytecznej jak dla mnie. Grozę da się zbudować bez nadmiaru krwi.

Przeczytałam dziesiątki książek I jestem pod wrażeniem 

Polecamy ja i W Chmielarz

czwartek, 15 lipca 2021

Zaczyna sie opowiesc

W Radcot, na brzegu Tamizy mieści się gospoda Pod Łabędziem, gdzie przy kuflu piwa stali bywalcy snują przeróżne historie. W ich ustach, a szczególnie w tych należących do Joego Blissa, męża Margot będącej właścicielką przybytku, nabierają one kształtu rozpalającego wyobraźnię słuchaczy oraz ulegają wielokrotnym przekształceniom w poszukiwaniu historii idealnej. Nie chodzi zatem o to, aby w stu procentach odpowiadały prawdzie (jeśli oczywiście traktują o prawdziwych wydarzeniach), ale aby trąciły w słuchaczach odpowiednią strunę, urzekły, skłoniły do refleksji i kazały poszukiwać kolejnych historii bądź jeszcze innej prawdy od tej przedstawianej przez aktualnie mówiącego. To opowieści żyjące własnym życiem, dzięki którym granica między światem realnym a światem wyobraźni zaczyna się zacierać. Jednak żaden z opowiadających w noc zimowego przesilenia nie jest w stanie przewidzieć, że najbardziej niezwykła historia jest dopiero przed nimi, a na dodatek będzie się ona rodziła i zmieniała na ich oczach. Rozpoczyna się od przejścia przez progi gospody pokiereszowanego mężczyzny z martwą dziewczynką w ramionach. Nieznajomy, który na wiele godzin traci świadomość, najprawdopodobniej w jakimś desperackim akcie odwagi musiał wyłowić ją z rzeki. Dziecko później cudownie ożywa i staje się zwiastunem wydarzeń łączących w niezwykły sposób losy grupki ludzi, w tym dwie rodziny mogące rościć sobie prawa do ocalonej. Ale im dalej w las – czy może zgodnie tytułem, w rzekę – tym bardziej sytuacja dziewczynki i powiązanych z nią osób się komplikuje, obfitując w dramaty, emocje i niezwykłe zwroty akcji, których nie powstydziłyby się najpopularniejsze, współczesne thrillery. Jaka jest jednak różnica między gatunkową, współczesną literaturą a tym, co udało się osiągnąć Diane Setterfield w „Była sobie rzeka”? Na pewno będzie to elegancki (choć nienadmiernie stylizowany) język, który nadaje wyjątkowej klarowności książkowej narracji. Jednak równie istotna jest niemożność gatunkowego zaszufladkowania powieści. Tu nie chodzi o to, że autorka miesza gatunki, ale o to, że dzięki odwołaniu się do tradycji oralnej nie musi poddawać się gatunkowym zasadom i pozwala swobodnie płynąć swojej opowieści. I jeśli w dzisiejszych thrillerach o zaginionych kobietach wszystko powinno być dopowiedziane, ponieważ czytelnik nie wytrzymałby związanego z niewiedzą napięcia, tak siłą „Była sobie rzeka” staje się ostatecznie niedopowiedzenie, w końcowym efekcie nabierające kształtów poruszającej alegorii. Na pierwszy rzut oka to nie jest jakaś wymyślna alegoria, bo wszystko opiera się tu na tytułowej rzece i jej rwącym, bądź – w zależności od zewnętrznych okoliczności – spokojnym nurcie. Pędząca woda staje się zatem alegorią życia, które w równym stopniu daje i odbiera, skazując bohaterów na cierpienie lub obdarzając małymi chwilami szczęścia. To jest oczywisty odbiór, ale w powieści Diane Setterfield mieści się znacznie więcej ścieżek interpretacji. Autorka, dołączając elementy fantastyczne będące w stanie decydować o kolejach ludzkiego losu, uprawia charakterystyczny dla literatury wiktoriańskiej model pozytywizmu fantastycznego. W równym stopniu jest spadkobierczynią tradycji Dickensa, co innych mistrzów ówczesnej literatury na czele z klasykiem opowieści niesamowitych, Sheridanem Le Fanu – specjalistą od ubierania w fikcję odpychającej i małostkowej codzienności. Bo przecież mimo nieodpartego uroku – „Była sobie rzeka” kreśli również obraz społeczności, wewnątrz której dzieją się rzeczy niegodziwe, warte jedynie potępienia, a zwykli ludzie, opowiadając o tych niegodziwościach, zwyczajnie próbują oszukać samych siebie i tym samym zmienić obraz nieprzyjaznej rzeczywistości, nadając jej znamiona akceptowalnej fikcji. A fikcja jest po prostu człowiekowi potrzebna, często do zwykłego przetrwania w realnym świecie. Budując poruszające portrety doświadczonych życiem bohaterów, autorka w fascynujący i przemyślany sposób tworzy granicę między tym, co uznajemy za tradycję, a tym, co zwiastuje nadchodzące nowe. Tradycyjna, ustna sztuka snucia opowieści wśród tej społeczności odpowiada dzisiejszemu obrazowi sieci informacyjnej, jednak ta dawniejsza mniejszy nacisk kładła na wszechobecne dziś manipulacje faktami, a większy na kształtowanie ludzkiej wyobraźni, co bardzo pomagało w budowaniu mechanizmów obronnych w walce z często ponurą, monotonną codziennością. Jednak w tej wiktoriańskiej rzeczywistości też nadchodzi nowe – poglądy Charlesa Darwina, technika, która dzięki cudowi fotografii potrafi uchwycić rzeczywistą chwilę, czy nowoczesne nauki na czele z psychologią, mające pomóc człowiekowi żyć lepiej, żyć w prawdzie. Czy tak jest? Czy tak się stało? Czy krążące między ludźmi opowieści są tak samo istotne dzisiaj, jak były kiedyś? Na to pytanie musimy odpowiedzieć sobie sami, najlepiej zatrzymując się na dłuższą chwilę na przeciągniętym nad literacką rzeką moście, który zbudowała między przeszłością a dniem dzisiejszym Diane Setterfield.

piątek, 2 lipca 2021

Nigdy nie opowiedziałam babci o okolicznościach narodzin Zuzy. Dla dobra rodziny zrezygnowałam z pracy i zostałam pełnoetatowa mamą. Maz nie życzył sobie by dzieci wychowywał ktoś obcy. Niestety szybko okazało się że Rafał woli Ode mnie inne kobiety. Tolerowałam to i ukrywałam przed dziećmi. Dopiero teść prxyznal że poderjrzewal syna o niewierność Ale nie chciał się wtrącać

piątek, 25 czerwca 2021

Moja ksiązka

Dopiero po obiedzie zdobyłam się na odwagę. Wyznałam cala prawdę bez owijania w bawełnę. Owocem jednego lata była Zuza. Mama doradziła mi nic nie mówić. Posłuchałam jej Dzisiaj bardzo tego żałowałam. Byłam wzorowa potulna zona. Zuzia miała roczek kiedy dostałam prace . Poszam na rozmowę z dusza na ramieniu. Miałam male dziecko nie byłam wymarzonym pracownikiem, agencji reklamowej. Na sczeszcie szef był ludzki. Nie powiedziałam o niczym Rafałowi. Az za dobrze znałam jego zdanie na ten temat. Bracia i siostry męża nie kwapili się do pomocy. Byłam zona matka opiekunką. Lata mijały zbyt szybko. Do naszej rodziny dołączył Jan. Wakacje w Dąbkach jak zwykle były udane . Dzieci szczęśliwe. Udało nam się spędzić urlop wspólnie z Iga. Ona i Tomek nie mieli dzieci. Pod koniec pobytu przyszły znajome objawy.

piątek, 4 czerwca 2021

Czerwiec

ina Majewska- Brown wprowadza nas w świat Poli, pani psychiatry, która wiedzie życie jako 40-letnia singielka. Po nieudanym małżeństwie z Arturem postawiła na karierę i siebie. Nie przyjmuje do wiadomości, że mogłaby jeszcze ułożyć sobie życie z jakimś facetem. Pola ma bardzo dobry kontakt z mamą, są wręcz najlepszymi przyjaciółkami. Ma również wsparcie w Madzi, kumpelce, która jest lub ma „gorzej od innych". Co niekoniecznie dobrze wpływa na ich relacje. Zawirowania w życiu Poli są tak ogromne, że zastanawia mnie fakt ile złego może przydarzyć się jednej osobie. Na samym końcu mamy notkę, że niektóre wydarzenia wydarzyły się naprawdę. Wiec podejście do książki zmieniło się diametralnie, bo na początku miałam ochotę rzucić książka o podłogę. Nie ze względu na całość, ale na to, jakie zachowania miała Pola czy Magda oraz eks teściowa. Pola wydawać by się mogło będzie silna kobieta, ale bieg wydarzeń i wszelkie przeciwności losu sprawiają, że Pola dużo zyskuje w moich oczach. Akcja jest przewrotna i jak już myślimy, że wszystko skończy się dobrze i zły omen opuścił Pole i zesłał jej anioła, tak autorka funduje nam kolejny rollercoaster. Autorka porusza tematy,które na co dzień nie dotykają nas, ale czy na pewno ? O depresji nikt głośno nie mówi. O tym, że potrzebujemy towarzystwa i wsparcia, mało kto się przyznaje. Niestety czasami boimy się poprosić o pomoc, zwłaszcza jak stracimy bliska dla nas osobę. A kłamstwa, którymi byliśmy karmieni mogą wpłynąć na nas i nasze życie. Książka jest poruszająca. Tak jak z dystansem podchodzę do obyczajówek, tak książka wywarła na mnie duże wrażenie. Pokazała, że warto walczyć o siebie swoje marzenia,ale też przedstawia nam sytuacje kryzysowe, w których człowiek może się znaleźć. Warto wziąć tekst autorki do siebie, bo kto wie może i nas dotkną kiedyś kłamstewka, które odbija się echem na nas. Pióro autorki jest lekkie ,czyta się bardzo dobrze i szybko. Jestem zdecydowanie na tak, Nina Brown Klamstewka