piątek, 12 grudnia 2025

Kolory zła

 


Dziewiętnastoletnia studentka medycyny, Nele Sobą, po porannym treningu biegowym nie wraca do domu. Zrozpaczeni rodzice zgłaszają jej zaginięcie na policję. Następnego dnia, w godzinach porannych, ciało nastolatki zostaje znalezione w Lasach Oliwskich.
Sprawę prowadzi prokurator Leopold Bilski. Nela była spokojną i lubianą przez rówieśników dziewczyną, nie miała wrogów. Jedynym tropem jest tabliczka pozostawiona na miejscu zbrodni, na której ktoś napisał: „Zmarła śmiercią męczeńską”. W toku śledztwa wychodzi na jaw, że wiele lat temu miała miejsce podobna zbrodnia, a jej sprawca nigdy nie został schwytany. Leopold Bilski, wraz z psychologiem sądowym Marcinem Chrobołą oraz palinolożką Janiną Hinc, stają przed wyjątkowo trudnym zadaniem. Czy uda im się rozwiązać zagadkę śmierci nastolatki?

„Błękit” autorstwa Małgorzaty Oliwii Sobczak to jedna z tych powieści, przy której już po przeczytaniu pierwszych stron wiesz, że nie odłożysz jej, dopóki nie poznasz zakończenia. Wciągająca, emocjonalnie angażująca, zatrważająca i poruszająca najczulsze struny ludzkiej duszy.
Małgorzata Oliwia Sobczak na kartach swojej najnowszej powieści kreśli historie przepełnione bólem, który przeszywa do szpiku, oraz tajemnicami, które nie dają spokoju. Autorka snuje swoją opowieść w dwóch przestrzeniach czasowych, zręcznie lawirując pomiędzy teraźniejszością a przeszłością, z rozmachem kreśląc obraz lat 90.; czytając książkę, nie sposób nie przenieść się myślami do czasów, w których w Polsce zaczynał dominować hip-hop, a niemal na każdym kroku widać było początki street artu.
„Błękit” to powieść, która idealnie wpisuje się w kanon kryminału; misternie utkana intryga, śledztwo pełne tajemnic, fenomenalnie wykreowane postaci, których portrety są idealnym odzwierciedleniem nastolatków z lat 90. Autorka stworzyła niesamowicie klimatyczną powieść; jej duszna i pełna mroku atmosfera doskonale oddziałuje na wyobraźnię, a relacje bohaterów oraz ich codzienne problemy zarówno w szkole, jak i w domu rodzinnym są tak realistyczne, że aż bolesne.
„Błękit” to książka, którą czytałam z ogromnym zaangażowaniem; dwa trudne śledztwa, dwie bolesne historie śledziłam z zapartym tchem. Autorka zręcznie mną manipulowała, podrzucała mylne tropy, wodziła za nos, a ja łączyłam kropki, składałam elementy układanki i próbowałam połączyć wszystko w całość oraz znaleźć winnego dokonanych zbrodni. Niestety, Małgorzata Oliwia Sobczak jest mistrzynią intryg, zawiłych śledztw i zaskakujących rozwiązań, i tym razem również nie zdołałam uprzedzić śledczych i rozwiązać zagadki. To, co zaserwowała mi na zakończenie autorka, kompletnie mnie zaskoczyło i emocjonalnie rozbiło.
Małgorzata Oliwia Sobczak ponownie stworzyła powieść, którą się nie tylko czyta, ale przede wszystkim przeżywa razem z bohaterami.„Błękit” to nie tylko kryminał, w którym postacie tropią mordercę; to także opowieść o żałobie, bolesnej stracie, młodzieńczej miłości oraz trudnym dzieciństwie. Autorka w sposób bardzo realistyczny ukazuje problemy społeczne; tak bardzo powszechny i wciąż aktualny problem przemocy domowej – autorka pokazuje, jak łatwo jest ukryć przed bliskimi to, co dzieje się za drzwiami naszego domu; strata dziecka i sposób radzenia sobie z żałobą – Sobczak nad zwyczaj realistycznie kreśli portrety ludzi, którzy zmagają się ze stratą oraz pokazuje, że mimo mijających lat ten ból nie mija, a towarzyszy nam nieustannie. Powiedzieć, że jestem pod wrażeniem „Błękitu”, to jakby nie powiedzieć nic. Jestem zachwycona tą pełną emocji, wzruszeń i nieustającego napięcia powieścią, która przeniosła mnie w czasie i przywołała wspomnienia z lat młodości. Ta historia na długo pozostanie w mojej pamięci.Polecam.

Moja ocena:

piątek, 7 listopada 2025

Nudne czyli kryzys Blogera

 

Weronika Mathia w swojej książce "Rój" tworzy duszną i pełną napięcia atmosferę, która od pierwszych stron wciąga w spiralę tajemnic. Już samo miejsce wokół którego kręci się akcja – stara kamienica – daje poczucie klaustrofobii, a zarazem izolacji, które doskonale współgrają z niepokojem przenikającym fabułę. Zabójstwo Kamili Witz i zagadkowe zniknięcie jej sąsiadów stanowią zaledwie początek tego, co okaże się złożoną siecią intryg.

Mathia splata losy pozornie przypadkowych bohaterów, jak emerytowany policjant Zygmunt Ostrowski czy pszczelarka Natalia Biel. Każda z postaci wnosi coś unikalnego do historii, ale ich losy okazują się ściśle ze sobą powiązane. Pszczoły, choć wydają się elementem pobocznym, stają się metaforą dla napięcia i nieuniknionych konsekwencji działań bohaterów. Tytułowy "Rój" sugeruje również pewną dynamikę grupową i zależności, które Mathia zgrabnie buduje w relacjach między postaciami.

Mocną stroną książki jest jej wielowymiarowość – choć mamy tu klasyczny kryminał z tajemnicą do rozwiązania, autorka porusza także temat odpowiedzialności za przeszłość i winy, które wracają jak bumerang. Wątek Marka Gronowicza i jego córki Łucji to przejmujący obraz radzenia sobie z żałobą, który daje tej opowieści emocjonalną głębię.

Mathia unika sztampowych rozwiązań fabularnych. Zamiast prostych odpowiedzi, dostajemy złożone motywacje bohaterów, a ich decyzje niosą ze sobą nieodwracalne konsekwencje. Wydarzenia wymykają się spod kontroli, co potęguje poczucie zagrożenia i niepewności, a intryga, w której zostają uwikłani bohaterowie, często ich przerasta.

"Rój" to historia o winie i karze, o zemście i sprawiedliwości, która przychodzi czasem z opóźnieniem, ale zawsze w najmniej oczekiwanym momencie. To książka, która nie tylko dostarcza emocji, ale także zmusza do refleksji nad tym, jakie konsekwencje mogą nieść za sobą nasze wybory i jak bardzo mogą nas one przerosnąć. Weronika Mathia stworzyła powieść, która zaskakuje, trzyma w napięciu i zmusza do myślenia – idealna lektura dla tych, którzy szukają czegoś więcej niż tylko standardowej zagadki kryminalne
 
 

niedziela, 7 września 2025

Ogloszenie

 

Witam. 
Jestem uczestnikiem projektu Kompleksowa Aktywizacja Osób Niepełnosprawnych na rynku pracy, który jest realizowany przez Fundację Aktywnej Rehabilitacji. I poszukuję pracodawcy, który zechce mnie przyjąć na trzymiesięczny staż z realną możliwością zatrudnienia po jego odbyciu.
Pokrótce zaprezentuję swoje umiejętności: jestem osobą, która nie tylko szybko się uczy, ale też szybko nawiązuje kontakty. Posiadam łatwość w tworzeniu tekstów czego dowodem, jest mój autorski blog , który cieszy się  popularnością wśród internatów. 
Najchętniej podejmę staż na stanowisku, asystent redaktora. Pracowalam w gazecie lokalnej.  Znam jezyk angielski 
 
 Więcej moich umiejętności znajdą Państwo w moim CV, które zainteresowanym prześlę w wiadomości prywatnej.
Zainteresowanych współpracą zapraszam do kontaktu pozdrawiam

środa, 13 sierpnia 2025

Rodzina

 Rodzeństwo” Moa Herngren – powieść, która z każdą stroną wbijała mnie głębiej w refleksję o tym, jak bardzo można się rozmijać, nawet żyjąc tuż obok siebie. To historia o trójce dorosłego rodzeństwa, które spotyka się po śmierci ojca, by wspólnie świętować urodziny matki. Brzmi niewinnie, prawda? A jednak to właśnie wtedy wychodzą na wierzch wszystkie rodzinne pęknięcia, dawne żale i niezaleczone rany.

Andrea – perfekcyjna, zorganizowana, emocjonalnie rozdarta – od razu skradła moją uwagę. To ona spina wszystko klamrą: pogrzeb, rodzinne spotkanie, opiekę nad matką. Ale pod tą fasadą kryje się ktoś, kto nigdy nie miał szansy być po prostu sobą. Jej potrzeba kontroli to nie cecha charakteru, tylko mechanizm obronny. A kiedy w jednej ze scen dowiaduje się, że ukochany talerz z różyczkami – jedyny materialny ślad po dzieciństwie – został wyrzucony, coś we mnie pękło razem z nią.
Z kolei Ullis – impulsywna, pewna siebie, ale zarazem pogubiona – wydaje się być jej całkowitym przeciwieństwem. Relacja między siostrami to jeden wielki emocjonalny węzeł. Rywalizacja, potrzeba uwagi ojca, stare urazy, które nigdy nie zostały nazwane. A pośrodku tego wszystkiego Rasmus – cichy, wycofany, wiecznie na uboczu, jakby próbował przetrwać, nie rzucając się nikomu w oczy.

Podoba mi się, jak Herngren pokazuje, że każde z nich pamięta dzieciństwo inaczej. Że prawda w rodzinie nie jest jedna, tylko składa się z wielu subiektywnych wersji. I to właśnie te różnice – nie śmierć ojca – stają się osią konfliktu. Przedmioty, które powinny być pamiątkami, zmieniają się w źródła bólu. Łódź, talerz, stare gumowce – zamiast łączyć, tylko pogłębiają podziały.

Styl Herngren jest oszczędny, ale bardzo obrazowy. Czytając, miałam wrażenie, że uczestniczę w tej rodzinnej grze pozorów – siedzę przy stole, słucham rozmów, w których więcej jest niedopowiedzeń niż słów. Czułam ciężar tego wszystkiego: niewyrażonego żalu, przemilczanych emocji, potrzeby bliskości, której nikt nie potrafi wyrazić. Właśnie za to najbardziej cenię tę książkę – za intymność. Nie znajdziesz tu wielkich dramatów czy sensacyjnych zwrotów akcji. Ale jeśli jesteś wrażliwa na relacje, emocje, gesty i to, co dzieje się między słowami – „Rodzeństwo” Cię poruszy.

Czy było idealnie? Nie. Momentami brakowało mi głębszego wejścia w psychikę bohaterów. Czasem czułam, że autorka tylko lekko dotyka pewnych emocji, zamiast je eksplorować. A mimo to… ta historia we mnie została. Bo nie musiała krzyczeć, żeby zostawić ślad.

Jeśli lubisz książki, które przypominają Ci, że relacje rodzinne są skomplikowane i kruche, a wspólna przeszłość nie zawsze jest kotwicą – „Rodzeństwo” to powieść dla Ciebie. Mnie zmusiła do przyjrzenia się temu, co sama noszę w sobie – wspomnieniom, które może wcale nie są tak obiektywne, jak mi się wydawało.

piątek, 25 kwietnia 2025

Joanna

 

A gdyby tak rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady? Któż z nas nie miał nigdy takich myśli? By na jakiś czas oddalić się od zgiełku, hałasu, problemów. By choć na chwilę odpocząć od rutyny, nieustannej pogoni, a może wręcz przeciwnie, marazmu i stagnacji. Jakie powody miała Joanna, aby przeprowadzić się na górską pustelnię? Czego mogło jej brakować, za czym tak dramatycznie tęskniła, by desperacko zamieszkać w ruinie? Wreszcie, jak zakończył się ten nowy, jakże piękny i zarazem straszny rozdział? W życiu nie ma dzieła przypadku i komisarz Nina Warwiłow powinna o tym wiedzieć. O przypadku powinna również pamiętać Joanna Pascho, dermatolog ciesząca się dobrą opinią wśród pacjentów. Jednak, los lubi płatać figle, a cena ze realizację marzeń bywa imponująco wysoka. „Roztopy” Jędrzeja Pasierskiego to coś więcej niż powieść kryminalna. To historia rodów, ludzi, których tragiczne losy pokrzyżowały plany i marzenia na zawsze. To opowieść o miłości, przeważnie trudnej, bolesnej, niespełnionej. Miłości małżeńskiej, rodzicielskiej. Samotności, poczuciu alienacji. Także o przyjaźni, potrzebie bycia wśród ludzi i dla ludzi. Cóż więc wydarzyło się w Bukowcach? Dlaczego tamtejsza społeczność jest na swój sposób wyjątkowa? Autor zabiera czytelników nie tylko na wyprawę w nieznane, do Gorlic, czy w stronę Przełęczy Warnickiej. Zabiera nas nieco głębiej, w świat ludzkich zawirowań, pragnień, słabości. Dzięki wyjątkowej, barwnej kreacji bohaterów poznajemy zarówno problemy z którymi muszą się zmierzyć jak i sposoby na walkę o siebie samych. Wbrew pozorom to nie jest zwyczajny kryminał, skoro pojawiło się hasło „Jebać Grybów”. A skoro niezwyczajny to i proszę mi wierzyć, dzieją się tam cuda. Pomimo niewielkiej ilości zgonów, momentami robi się naprawdę duszno i ciężko. Rośnie tempo akcji, z każdym następnym rozdziałem czyta się coraz przyjemniej, szybciej, a sprawy zaczynają wyglądać inaczej niż pierwotnie można by oceniać. Zdecydowanie na plus interesujące rysy głównych bohaterów, zwłaszcza funkcjonariuszy policji. Mają w sobie coś tajemniczego, magicznego, elektryzującego no i w dodatku mogą o wiele więcej niż „zwykły” obywatel. Czy mimo takich atutów uda im się rozwikłać zagadkę nagłego zaginięcia Joanny? Czy zwłoki, na które natrafią cokolwiek powiedzą śledczym? Zaskakujące zakończenie, nietypowy początek i pikantny środek. Taka właśnie jest książka Pasierskiego. Zdecydowanie godna polecenia, zwłaszcza jeśli do tej pory nie podjęliście decyzji o wyjeździe do Bukowców. Beskid Niski jest piękny, ale to nie oznacza, że nie dzieją się tam makabryczne sprawy. Przeciwnie, gliniarze mają pełne ręce roboty. Czy jednak wiedza i doświadczenie śledczych wystarczą, aby odkryć prawdę? A może prawda już wyszła na jaw, po „Roztopach”? Polecam, szczególnie miłośnikom wielowątkowych powieści kryminalnych, poszukujących przede wszystkim historii na dłużej zapadających w pamięć, tym samym wyjątkowych.

Autor: Jędrzej Pasierski
Tytuł: 
Roztopy

sobota, 8 marca 2025

Pasje blogera


Mówi  się ze przyjaciel to ktoś,  z kim zaczyna się rozmowę  w przerwanym ostatnio miejscu. Takie osoby często spotykamy przypadkiem. A zostają z nami na całe życie. Jestem jak rzymski filozof. Szukam człowieka. Takiego, z którym można przegadać cała noc. Albo przesiedzieć. Bo po pewnym czasie, słowa są niepotrzebne.

Moje najcenniejsze znajomości zaczęły się od błysku. Od myśli, że na pewno spotkaliśmy się w poprzednim wcieleniu. Wierzę w to, że osobę o której jest ten tekst, zesłała mi Opatrzność .

Stało się tak w chwili, kiedy kończyłam szkołę. Jeden etap się skończył. Ale zaczął się nowy. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że, najlepszy. Wspominam go tak do  tej pory.

Początki znajomości zatarły mi się całkiem. Pamiętam, że zobaczyłam kobietę która zaproponowała że nauczy mnie grać na pianinie. Zwykle niestety jestem pesymistką. Jeśli coś może być gorzej to zawsze będzie. Jednak bez chwili zastanowienia powiedziałam tak.

Dopiero po pewnym czasie pomyślałam nic z tego nie będzie. Z moją neurologiczną chorobą mam problem z zawiązaniem samemu butów. Z trudem  i długo uczyłam się pisać. Nie były to czasy komputerów i Internetu. Na pewno nie dam rady grać. A jestem z natury ambitna i nie znoszę przegrywać.

Kiedy ma się naście lat, dorośli ludzie są dla Ciebie starzy.  Lubię poznawać nowych ludzi i  rozmawiać z nimi.  Ale moja nowa znajoma- Ania mogłaby być moją babcią. Po za tym dlaczego zamiast korzystać z życia na emeryturze, zajmuje się niepełnosprawnymi.

W dodatku nigdy nie chciała za pracę, ani grosza Nie miałam wtedy swojego instrumentu.  Rodzice dowozili mnie do mieszkania Ani i jej męża. Później zostawałam po lekcjach. Nauczycielka pozwalała mi korzystać z pianina w szkole. Co mojej pracującej mamie odpowiadała. Bo odbierała mnie po południu/

Palce mojej lewej ręki nie chciały współpracować. Łagodnie  mówiąc Były ze sobą złączone prawie na stałe. Potem dowiedziałam się że Szopen też miał takie problemy.  Do dziś nie wiem, czy to prawda. Czy tylko zachęta do ćwiczeń, które mnie zajmowały trzy razy dłużej niż innym. Ani ja nie przypominałam przeciętnego ucznia. Ani moja nauczycielka przeciętnej staruszki na emeryturze.  Duży wpływ na postępy w grze miały czekoladki, które mi nigdzie tak nie smakowały jak u Was w domu. (Tą sama metodą nauczyłam się tabliczki mnożenia.) Potem miałam lekcje u siebie bo dorobiłam się organów. Często więcej czasu spędzałyśmy wspólnie na gadaniu niż graniu. Okazało się że  mam do towarzystwa, renesansową kobietę.

Tylko ona potrafi wymyślić utwór dla mnie i zapisać nuty z głowy.  I wie kim był Stachura, nie cierpi audiobooków. Ja za to lepiej obsługuję komputer. Muszę tylko pamiętać żeby nazywać ją Hanką bo tak woli.
Ten tekst jest o najważniejszej osobie w moim życiu.  Bo uświadomiła mi, że lepiej spróbować nowych rzeczy, nawet jeśli nie do końca wyjdą. Niż żałować że coś nas w życiu ominęło. Chociaż nie zostałam wirtuozem fortepianu. sprawne ręce bardzo mi się w życiu przydały.